a-ty-byles-grzeczny-w-tym-roku

A Ty byłeś grzeczny w tym roku?!

Święta coraz bliżej i większość kilkulatków już widzi oczami wyobraźni Mikołaja z workiem pełnym prezentów – tych wszystkich fantastycznych, wymarzonych zabawek, gier, gadżetów. Ale oprócz worka wspaniałości Mikołaj niesie ze sobą coś jeszcze- listę dzieci, na której dzieli je na dwie kategorie – „grzeczne” i „niegrzeczne”. W zasadzie nigdy nie można być pewnym do której kategorii zostanie się zaliczonym- bo przecież nierzadko taki przedszkolak od babci słyszy, że jest grzeczny i kochany, a od pani wychowawczyni zdarza mu się usłyszeć, że z niego niegrzeczny łobuz. Ale zastanówmy się, jak trzeba się zachowywać, żeby mieć szansę trafić na listę grzecznych dzieci i tym samym zasługiwać na świąteczny prezent.

 

 

Grzeczny czyli jaki?

 

Gdybym miała najkrócej zdefiniować stwierdzenie „grzeczne dziecko” to powiedziałabym, że jest to dziecko, które nie sprawia kłopotu dorosłym. Bo przecież my dorośli jesteśmy zapracowani, zajęci, przemęczeni – nie potrzebujemy, żeby jeszcze dziecko dokładało nam zmartwień i pracy. Dlatego na „grzeczność” składa się przede wszystkim:

 

 

Uległość

 

Czyli robienie tego, co inni- starsi, silniejsi każą. Świetnie się bawię wygłupiając się z młodszym bratem w pokoju, ale mama mówi, że czas założyć buty i iść na spacer? Przerywam natychmiast zabawę i już po chwili stoję w przedpokoju gotowa do wyjścia, nie dyskutując, nie zastanawiając się nad tym, czy jest jakaś alternatywa. Jestem w przedszkolu, czuję się śpiąca, zmęczona i tęsknie za mamą, ale pani wychowawczyni mówi, że teraz mam bawić się w „stary niedźwiedź mocno śpi”. To wstaję i się bawię, chociaż nie jest to dla mnie żadną przyjemnością, a wolałabym schować się w kąciku i opowiedzieć komuś, jak mi dziś smutno. To jest właśnie uległość. A takie zachowanie często nazwiemy grzecznym i z uśmiechem wręczymy dziecku naklejkę-nagrodę albo dostawimy plusika na tablicy. A teraz przenieśmy się kilka lat w przód. Już nie mam 5, a 15 lat. Autorytetami dla mnie już nie są nauczyciele i rodzice, a rówieśnicy – to oni teraz wydają się silni, ważni, mądrzy. Teraz już niekoniecznie chce być „grzeczna”, wolę być „fajna”. Koledzy proponują mi piwo- już drugie. Nie bardzo mam na nie ochotę, bo już po tym pierwszym czuje się nie najlepiej. Ale przecież koledzy namawiają, mówią, że będzie dobra zabawa. No więc piję to piwo, bo przecież całe moje dotychczasowe życie, uczyłam się, że warto podporządkowywać się innym, że oni wiedzą, co dla mnie dobre, co trzeba robić. I choć wewnętrzny głos podpowiada mi cicho, że może to wcale nie jest najlepszy pomysł, to mam już wiele lat doświadczenia w ignorowaniu go, potrafię z łatwością ten głosik uciszyć i zrobić to, co jest ode mnie oczekiwane.

 

Każdy rodzic chce, by jego dziecko było asertywne. By było dzieckiem, które odmówi udziału w niezbyt mądrej zabawie, kolejnego piwa czy papierosa, powie „nie”, kiedy ktoś dotyka je w sposób, w jaki nie chce być dotykane. Ale jednocześnie oczekujemy od dzieci, że od najmłodszych lat będą podporządkowywać się wszystkim dorosłym dookoła – mamie, babci, niani, pani przedszkolance, a nawet sąsiadce, której przeszkadza hałas. Jest to pewien paradoks, bo jeśli chcemy, by nasze dzieci umiały mówić „nie” innym ludziom – rówieśnikom, współpracownikom, którzy będą chcieli je jakoś wykorzystać, czy partnerowi, który zaczyna stosować przemoc, muszą nauczyć się tego w domu. Muszą mieć taką możliwość, by ćwiczyć się w odmawianiu tym, których kochają, których szanują, którzy są dla nich autorytetami, nawet jeśli są od nich silniejsi, mądrzejsi, mają większą władzę. I muszą uczyć się korzystać ze swoich własnych, wewnętrznych radarów, podpowiadających im, co będzie im służyło, a co nie, zamiast słuchać wyłącznie opinii i sugestii płynących z zewnątrz. Bo już za kilka lat, gdy będą nastolatkami, a później młodymi dorosłymi, a opinia rodziców i nauczycieli przestanie być taka ważna, te radary to jedyne, co będzie pomagało im podejmować decyzje. Jedynym, co będzie pozwalało zatrzymać się na chwilę i zastanowić: Czy mam na to ochotę? Czy czuję się dobrze w tej sytuacji? Czy odpowiada mi to, co teraz się dzieje?

 

 

Nieokazywanie emocji

 

Przecież każdy z nas wie, że marudzące dziecko to niegrzeczne dziecko. Chcąc więc zasłużyć na miano grzecznego i miejsce na mikołajowej liście trzeba bardzo szybko nauczyć się ukrywać swoje emocje, zwłaszcza te nieprzyjemne, jak smutek czy lęk, a przede wszystkim złość. Nie płakać, gdy jest nam smutno, nie uciekać, gdy się boimy i pod żadnym pozorem nie krzyczeć, gdy jesteśmy wściekli. Dzieci więc od najmłodszych lat uczą się, że okazywanie, a w efekcie też przeżywanie emocji to coś złego, niegrzecznego. Ale przecież niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy nie czuć niektórych emocji, doskonale wiemy, że nie jest to możliwe. Bo emocje są częścią życia, pojawiają się w reakcji na różne sytuacje i informują nas o naszych potrzebach, wartościach i granicach. Nie jesteśmy w stanie sprawić, że którąś z emocji przestaniemy przeżywać, ale słysząc bez przerwy, że jej okazywanie nie jest mile widziane możemy wypracować sobie różne strategie radzenia sobie z nią. Gdy nie mogę więc zezłościć się na rodzica, bo przecież spotka mnie za to kara poczekam chwilę i odreaguje złość na młodszym bracie, gdy nikt nie będzie patrzył.

 

Dzieciństwo to niezwykle ważny czas- czas, w którym możemy nauczyć się, że kiedy dzieje się coś trudnego, ktoś nas krzywdzi lub coś nie idzie po naszej myśli możemy szukać oparcia i pomocy u najbliższych. To też czas w którym możemy doświadczyć bezwarunkowej miłości – przekonać się, że są wokół ludzie, którzy będą nas kochać niezależnie od tego, czy aktualnie się złościmy, jesteśmy smutni, czy przeżywamy radość. A takie przekonania pomagają w życiu pokonać najgorsze kryzysy, a nawet wyjść z nich z jeszcze większą siłą. Gdy jednak już na samym początku życia zaczynamy uczyć się, że da się nas lubić, tylko wtedy, gdy jesteśmy mili i uśmiechnięci, że złość, smutek, strach musimy przeżywać w samotności to w dorosłości nierzadko zaczniemy te trudne emocje regulować w sposób destrukcyjny – alkoholem, innymi używkami, jedzeniem, a czasem agresją. Bo tego, że wszystkie uczucia są częścią życia, że wszystkie je można przetrwać, jeśli ma się wsparcie i akceptacje najbliższych możemy nauczyć się tylko w dzieciństwie.

 

 

 

 

 

Stawianie innych na pierwszym miejscu

 

Grzeczne dziecko to również dziecko, które dzieli się z innymi i im ustępuje. Takie, które odda ulubioną zabawkę młodszemu bratu, pożyczy ukochane kredki koledze z ławki, a w trakcie gry ustąpi pierwszeństwa koleżance. Bardzo szybko więc dzieci uczą się, że potrzeby innych ludzi, ich pragnienia i chęci są najważniejsze, a swoje własne należy odłożyć na półkę. I oczywiście, każdy rodzic chciałby, żeby jego dziecko dobrze się dogadywało się z innymi, było lubiane i empatyczne. Ale jeśli przyjrzymy się dorosłym – czy ludzie, którzy zawsze ustępują innym, dbają wyłącznie o ich dobrostan i zapominają o swoich własnych potrzebach to ci, którzy są naprawdę szczęśliwi? Do gabinetów psychoterapeutów niezwykle często trafiają dorośli, którzy są wypaleni, zmęczeni, mają stany depresyjne, bo całą swoją siłę i energię poświęcają innym ludziom. Nie potrafią troszczyć się sami o siebie, nie wiedzą czego potrzebują, a nawet jeśli wiedzą to tym zajmują się tylko, gdy już nie ma innego wyjścia. I ostatecznie czują się używani, wykorzystywani przez innych, bo bez przerwy dają, nie dostając nic w zamian.

 

Empatia jest ważna i potrzebna, ale nie rozwija się ona pod przymusem, czy w wyniku szantażu. Tym, co wspiera rozwijanie się w nas empatii, zainteresowania przeżyciami innych są autentyczne relacje. Relacje, w których możemy przyglądać się innym ludziom (dzieciom i dorosłym) , widzieć i słyszeć, jak reagują na to, co robimy. Gdy z uwagą spojrzymy na nasze dzieci, zobaczymy, że z natury mają one w sobie ogrom empatii – że potrafią pocieszać innych, gdy im smutno, że często dzielą się tym, co mają, gdy widzą, że ktoś tego potrzebuje. Ale to wszystko dzieje się, gdy dzieci mają swobodę komunikowania się ze sobą i formowania swoich własnych relacji – czyli, gdy nie stoi nad nimi dorosły, który każe dzielić się wszystkim, ustępować, przytulać.

Przekonanie, że to czego ja potrzebuje, jest co najmniej tak samo ważne jak to, czego potrzebują inni pomaga nam dbać o siebie, traktować samych z siebie z troską i szacunkiem – czy naprawdę powinniśmy nazywać takie zachowania „niegrzecznymi”?

 

 

Bycie spokojnym i poważnym

 

Na koniec niezbędnym elementem bycia grzecznym jest bycie spokojny i poważnym. Grzeczne dzieci to te, które potrafią siedzieć w kółeczku przez 40 minut i słuchać w ciszy pani. To te, które nie robią hałasu, potrafią bawić się same, chodzą powoli zamiast biegać i nie śmieją się zbyt głośno. To dzieci, które po prostu są trochę mniejszymi dorosłymi. Ale czy radość, energia, głośny śmiech, a czasem też głośny płacz nie są naturalną częścią dzieciństwa?

 

 

Podsumowując

 

Grzeczne dziecko to takie, które nie sprawia kłopotu dorosłym. Ale za to w przyszłości samo może mieć kłopoty- ze swoim poczuciem własnej wartości, asertywnością, byciem w bliskich relacjach z innymi. Więc czy naprawdę chcemy świętego Mikołaja, który przynosi prezenty tylko „grzecznym” dzieciom? A może w tym roku mógłby zgubić gdzieś swoją listę kategoryzującą dzieci na „lepsze” i „gorsze” i po prostu przynieść prezenty wszystkim? Nie stając się dzięki temu narzędziem manipulacji, wymuszenia na dzieciach oczekiwanego przez dorosłych zachowania, a być może okazją do okazania miłości, troski i pokazania, że czasem po prostu lubimy sprawiać im radość, nie oczekując nic w zamian.

 

Autor: Joanna Gruhn-Devantier